ŚNIENIE

Ona śni listy, strumienie słów. Śni listy, które ktoś gdzieś pisze do kogoś, nigdy do niej. To są piękne listy, choć pewnie obiektywnie można by powiedzieć, że nieco pretensjonalne, może dużo w nich zwrotów, które dawno wyszły z powszechnego użycia, poza tym, kogo mógłby obchodzić płatek śniegu topniejący na dłoni albo dźwięk, który wpadł do ucha i został tam znaczącą chwilę dłużej? Kto chciałby czytać takie rzeczy? Ale we śnie, tam prawie wszystko jest dozwolone. I kicz, i egzaltacja, zdarzenia magiczne zdają się być całkiem naturalne, a czas, jako taki, nie istnieje. Ona śni więc te listy tak, jakby pisane były do niej, choć przecież wcale nie są. To bez różnicy, w końcu to tylko sen. A listy te są coraz pełniejsze, coraz więcej w nich kolorów i tonów, opowieści i obrazów. Szum wiatru i porzeczkowe wino. Dlatego ona coraz wcześniej kładzie się spać, właściwie czeka na ten moment cały dzień, od chwili przebudzenia myśli tylko o tym, kiedy znów będzie mogła śnić. Już nie śni nic innego, od dawna śni już wyłącznie te listy. Albo nic. Uśmiecha się przez sen czasem, nikt oczywiście tego nie widzi, bo nie ma nikogo, kto mógłby ją, śpiącą, obserwować. To byłoby trochę niepokojące, ktoś obserwujący uważnie jej sen. Jest zima teraz, za oknem łyse gałęzie drzew, trochę straszno, trochę smutno, mokre ulice i dziwacznie kolorowe bloki. Ona już nie patrzy przez okno, od tygodni zasłony odgradzają ją od tych nagich drzew i zapłakanych ulic. Ona nie płacze. Jeszcze niedawno płakała dużo, płakała bardzo, choć bezgłośnie, płakała do wewnątrz, do swojego środka, płakała właściwie odkąd pamięta.

Noc, kiedy przyśniła pierwszy list poprzedzał zupełnie zwyczajny dzień. Taki dzień, jak każdy inny, najzwyklejszy jesienny dzień, najbliższy w charakterze przeciągłemu ziewnięciu. Wróciła z pracy trochę później niż zwykle, trochę bardziej niż zwykle zmęczona. Z wyraźną ulgą uwolniła stopy z ciężkich butów, a płaszcz rzuciła gdzieś w kąt. Zjadła groszek konserwowy prosto z puszki i popiła zimną herbatą. Przez chwilę oglądała coś, a następnie wyłączyła odbiornik, wyciągnęła wtyczkę i wyniosła telewizor na balkon. W tej pięknej ciszy próbowała przypomnieć sobie swoją ulubioną piosenkę, co udało jej się bez większego trudu, więc zanuciła tylko, prawie bezgłośnie, nawet księżyc prosi, by móc zostać tak długo, aż chmury zabiorą mnie stąd i zgasiła światło. Poszła do sypialni, gdzie rozebrała się i ułożyła ciało w antyalergicznej pościeli pozbawionej zapachu i koloru. Chłodna poduszka odkształciła się łatwo pod naciskiem policzka.

Czasami ona wyobraża sobie tego człowieka, który pisze listy nie do niej. Nigdy nie widzi całej postaci, ale wie, że składa się z faktycznej kruchości pod pozornie niedostępną powłoką. Jego ręce znaczą wypełniające się chłodną krwią żyły, drobne mięśnie, w których giną, napinają się prawie niezauważenie, gdy pewnym ruchem przesuwa końcówkę pióra po bladej kartce papieru. Kolor oczu zależy od dnia, ale najczęściej są to oczy zielone, jakby trochę znajome, może to po prostu jej oczy na fragmencie obcej męskiej twarzy. W końcu to sen, tu wszystko się może zdarzyć. Jeszcze tylko, znów, jego dłoń, która w najprostszym z sentymentalnych gestów świata, odgarnia jej za długą grzywkę za ucho, prawie w ogóle nie dotykając jej skóry opuszką swojego palca. Może to, nic więcej.

Ona wie, że nigdy nie mogliby się spotkać, ona i on, nawet gdyby on istniał naprawdę. On mógłby chcieć do niej mówić, mógłby chcieć, żeby ona mówiła do niego, a ona już od dawna nie ma nic do powiedzenia przecież. Wolałaby milczeć, mogliby pomilczeć trochę razem, milczeniem pięknie znośnym, bez skrępowania i potrzeby bezczeszczenia ciszy. Ale ona wie doskonale, że mężczyźni zawsze chcą mówić, chcą, żeby ona mówiła do nich, pragną rozmawiać o wszystkim i o niczym, częściej o niczym, najczęściej o sobie, jakby świat dokoła nie był wystarczająco interesujący, jakby chłonięcie go nie było najwspanialszym z możliwych zajęć. Dążą do tych rozmów, kompulsywnie zadając pytania, zupełnie bezsensowne pytania, głodni konkretnych odpowiedzi, najchętniej wielowymiarowych i złożonych, ale jednocześnie zrozumiałych i czytelnych. Dlatego nie powinni się nigdy spotkać, ona i on, bo ona boi się, że musiałaby mu powiedzieć to wszystko, co już kiedyś mówiła, te historie, które już się wydarzyły, kilka zabawnych anegdot z przeszłości, jeden czy dwa małe dramaty, a na finał koniecznie coś ze szczęśliwym zakończeniem. A ona przecież nie ma już nic do powiedzenia. Ani słowa więcej, wszystko już kiedyś powiedziała.

Jest wiosna teraz, pierwsze jej, dość nieśmiałe, próby zaznaczenia swojej obecności. Słońce przychodzi coraz wcześniej i trwa w górze każdego dnia dłużej, czasem pada. Ona zmieniła zasłony na cięższe, tamte przepuszczały za dużo światła. Dziś przyszła wcześniej z pracy, wypiła cztery zupełnie spokojne łyki świeżo zaparzonej herbaty i zamknęła za sobą drzwi do sypialni.

Na nocnym stoliku niewiele przedmiotów. Dwie napoczęte książki, szkła w grubej oprawie, dziesięcioletni zegarek z funkcją budzika. Czysta kartka i ołówek. Biel papieru wyraźnie odbija się w półmroku.


Zima 2016

«Wróć