KAPELUSZ

Stracić głowę jest tak dziecinnie prosto, tak zdumiewająco łatwo, to przychodzi zupełnie bez wysiłku. Adekwatnie mało odciska piętna, właściwie wcale. Nagle jest, pojawia się wraz z nieodpartym poczuciem, że wydarzyć się może wszystko. Równie niespodziewanie być przestaje, pozostawiając po sobie absolutnie nic. Bardzo to ulotne, może stąd ten zwodniczy urok. Piosenka, o której mi opowiadałeś ostatnio z takim entuzjazmem, niestety nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Może to wina towarzyszących jej obrazków, które wydają się jakieś takie śmieszne i tandetne, a ja jednak śmieszność i tandetę lubię w bardzo specyficznych konfiguracjach. To nie jest ta konfiguracja. Od kilku tygodni towarzyszy mi nieustannie jakaś wewnętrzna duszność. Powoli zaczynam się do niej przyzwyczajać. Może wynika z zamknięcia pewnego etapu, zrzucenia z ramion ciężaru, który wydawał się wcześniej niemożliwy do porzucenia. Zamiast lżej jednak, jest duszniej. Dziwne. Oczywiście, pojawił się jakiś rodzaj ulgi, poczucie doprowadzenia do końca czegoś bardzo istotnego, nie trwało to jednak zbyt długo. Jakby pierwszy raz od dawna udało mi się głęboko odetchnąć tylko po to, by za chwilę znów oddychać ciężko i płytko. Tak właśnie odczuwam ostatnio rzeczywistość chyba, ciężko i płytko. A może to jest to, co ty nazywasz samotnością.

Wrócił pan Artur. Wrócił żółty, co oznacza początek końca. Powtarzał nazwę nowego przeciwciała jak mantrę, a ja nie potrafiłam przestać myśleć o tych trzydziestu guzach w jego wątrobie, których żaden lek na świecie nie jest już w stanie wymazać. Chciałabym mieć taką super gumkę, jakiś mega zajebisty korektor, który po prostu to wyczyści. Pyta, czy ma się stawić na kontrolę za sześć miesięcy, a mi pozostaje jedynie ugryźć się w język, bo inaczej musiałabym mu powiedzieć, co myślę naprawdę. Że to nie ma znaczenia. Że przez sześć miesięcy może się wiele wydarzyć. Że jego już pewnie za sześć miesięcy nie będzie. Lubię pana Artura, polubiłam go już tamtego bardzo wczesnego poranka późną wiosną, kiedy jechaliśmy razem na blok operacyjny windą, a on, w śmiesznym zielonym czepku na głowie, powiedział nienaturalnie spokojnym głosem wszystko będzie dobrze. To było jakieś dwa lata temu, może trochę więcej. Naprawdę dawno temu. Pan Artur był wtedy wysportowanym korpoludkiem średniego wzrostu, z modnie ostrzyżonymi, kruczoczarnymi włosami i stomią wyłonioną w lewym śródbrzuszu. Teraz jest chudy i żółty, plecy lekko przygarbione, potargane włosy z siwymi pasmami. Trudno uwierzyć, to w końcu nie było aż tak dawno temu. Monoklonalne przeciwciało i smutne oczy jego ojca. Podwójna porcja kleiku i słomkowy kapelusz. Uścisk dłoni profesora, tej samej dłoni, która parę miesięcy temu wydłubała cierpliwie, wydłubała mozolnie poprzedniego nowotworowego kalafiora z jego wnętrza. Cisną się na usta absurdalne pytania o rzeczy ostateczne, ale to nie jest czas ani miejsce, nigdy dobry czas, jeszcze gorsze miejsce, zamiast tego słyszę szkoda, że znów w takich okolicznościach i już chyba muszę wyjść z tej sali, bo mi trochę ciężko, tylko odrobinę, ale ja tak bardzo nie lubię, jak mi ciężko, więc tylko spokojnej podróży i już jestem w swoim pokoju, już otwieram szerzej okno. Ogryziona kanapa i ciepłe czekoladki, obrzydliwie zimna kawa, którą mam ochotę zwymiotować wprost na zawalony papierami blat z taniej płyty i mówię pan Artur pojechał. Głos zza sąsiedniego biurka odpowiada niektórych szkoda bardziej.

Siedzę w sypialni, bo w każdym innym miejscu powietrze jest zbyt ciężkie. Żądam deszczu. Niech pada. Natychmiast. Znów. Siedzę w sypialni, na tym wielkim łóżku, które skrzypi złośliwie, siedzę i zastanawiam się, co robisz. Pewnie jesteś gdzieś, w miejscu głośnym śmiechem i krzykiem, uczestniczysz w rozmowach, które Cię nudzą niemiłosiernie. Przypominam sobie, jak ostatnim razem powiedziałeś, że tak niesamowicie dobrze się ze mną mówi, że to takie jedyne w swoim rodzaju konwersacje, które w Twoim życiu zdarzają się bardzo rzadko. Mam ochotę znaleźć Cię teraz, wyszukać w tym zupełnie obcym mi tłumie, podejść i zapytać, czemu wobec tej wyjątkowości nie czujesz żadnej potrzeby, żeby ze mną rozmawiać. Znaleźć Cię teraz, podejść i uderzyć z całej siły w tę Twoją smutnie sympatyczną twarz, twarz przypominającą wiele innych twarzy, sympatycznie smutną twarz. Znaleźć, podejść, uderzyć. A potem pocałować. Ugryźć wargę do krwi, jak Plath kiedyś nadgryzła policzek Hughesa. Na szczęście nie jesteś poetą, inaczej byłabym już zupełnie zgubiona.


Lato 2014 – Jesień 2015

«Wróć