LEPKOŚĆ

Wprowadziłaś mnie do swojego życia od żulerskiej strony, tylnym wejściem, gdzie poranki dalekie od świeżości, nogi nie zawsze ogolone, wargi przebarwione na fioletowo od wina, wygniecione bluzki i siniaki na udzie. Przez chwilę jest tak, jakby nic nie było, a potem ból głowy. I nie wiem, czemu zostajesz u mnie na noc, bez szczoteczki do zębów, bezpiecznego skraju własnego łóżka, pozbawiona komfortu bezstresowego zasypiania. I tylko zamykasz oczy, pozostając w lekkim półśnie, czujna, nasłuchująca. Deszcz za oknem, gęsia skórka na ramieniu, trochę chrapię, a tobie nie śni się zupełnie nic. Rano dam ci kawy, to będzie dobra kawa, widzisz, mam nawet mleko, Moja łazienka wygląda jak ta u twojej babci na działce, okno nad wanną do połowy zasłonięte, a za nim zieleń drzew. A ja mam znów ten swój smutny wzrok, gdzieś z tyłu głowy dziwne zrezygnowanie i czujesz się przez moment winna mojego niewyspania, ale potem przypominasz sobie, że nigdy do niczego mnie nie zmuszasz. Po prostu zgadzam się na to, co bez słowa proponujesz. Powietrze uderzająco świeże, kontrastuje z twoją szarą cerą i przymglonymi szkłami okularów. Idziemy na spacer, to rozczarowujące, że jesteś dokładnie tym, co o sobie mówisz, słyszę, dopiero teraz to widzę. Siedzisz naprzeciw mnie, w wymiętym trenczu, ani słynnym, ani błękitnym, i zastanawiasz się, skąd pomysł, że może być we mnie ta odrobina szaleństwa, która sprawiłaby, że poszedłbym z tobą gdzieś indziej, gdzieś dalej. Gdziekolwiek. A ja przecież wcale cię nie rozumiem, nigdy nie potrafiłem się utożsamić z żadnym fragmentem twojej osoby, jesteś dla mnie obcą planetą egzotycznej galaktyki, mówisz językiem, którym nikt oprócz ciebie nie potrafi się posługiwać i opisujesz nim rzeczy i światy, których nikt nigdy nie zobaczy. Można tylko siedzieć i patrzeć, paplać trzy po trzy, nie pozostaje nic innego. W jakimś sensie więc wpasowuję się idealnie w ten twój żulerski zaułek, pozostając jedynie wymiętoszonym rozczarowaniem w nonszalancko przybrudzonych okularach, które polewa ci wieczorem własnej roboty, lekko kwaśne wino, opowiadając przy tym o swoim ulubionym filmie, nad którym zachwytu mojego nigdy nie zrozumiesz, bo dobrze wiesz, że to tylko kolejny pretensjonalny, przeintelektualizowany gniot. Wstaję później niż ty, ale niewiele, zakładam okulary, żeby nie potknąć się o książki rozrzucone na podłodze i idę w stronę kuchni, mijając lekko uchylone drzwi prowadzące do łazienki. Jesteś tam, zawieszona w czasie i przestrzeni przed zielonym liśćmi oknem, gdybym cię teraz zobaczył, wszystko byłoby inaczej. Ale już idę dalej, nie zauważając dziwnej poświaty, którą emanujesz zjawiskowo, tej jeden jedyny raz jasna i czytelna, miękka i dostępna. Ten jeden raz nie wymagasz, a potrzebujesz. Tylko teraz, właśnie teraz, kiedy mijam uchylone drzwi, nie zaglądając do środka, mijam je i wchodzę do kuchni, żeby zrobić ci kawę. Naprawdę dobrą kawę. Mam nawet mleko.

Wprowadziłaś mnie do swojego życia tym żulerskim wejściem, do jakiegoś utopionego w półmroku przedsionka, z którego nie było przejścia nigdzie dalej, odbijałem się od lepkich ścian, wracając wciąż do punktu zero. Wchodziłem i wychodziłem, nigdy nie zostając na tyle długo, byś mogła naprawdę zauważyć moją obecność. Nigdy nie chciałaś mnie ani dalej, ani bardziej. To jedyna rzecz, którą bardzo wyraźnie zrozumiałem, już na samym początku, nadawałaś ten sygnał każdą komórką swojego ciała, tylko skończony kretyn by nie zrozumiał.


Lato 2014

«Wróć