SUFIT

Cicho zamykam za sobą drzwi. Staję nad umywalką, przed dużym lustrem. Marnuję litry wody patrząc przed siebie, w bladą, nieco zmęczoną twarz. Nie odrywając wzroku odtwarzam w głowie to, co mi wczoraj mówiłeś, to przecież nic, to jeszcze nic nie znaczy, nie martw się, jeszcze nie czas, twój głos spokojny, tak dziwnie spokojny i pewny, naprawdę wierzysz w to, co mówisz. Naprawdę chcesz, żebym ja uwierzyła. Wszystko jest w porządku, jeszcze przez chwilę wszystko jest w porządku, a teraz już nie, woda coraz głośniej uderza w białą porcelanę, ogłuszający huk. Stoję tak, powoli zachłystując się przerażeniem, w zwolnionym tempie topiąc się w swoim strachu. Lęk wlewa mi się do ust ciężkimi falami obezwładniając język, dławię się bezgłośnie.

Na podłodze leży twoja wczorajsza koszula, o którą potykam się, klnąc cicho pod nosem.

Teraz, kiedy to wszystko prawda, kiedy wydarzył się koniec, jest zupełnie inaczej, niż miało być. Miałam stać w łazience, pięknie blada, patrzeć na swoją zmęczoną twarz, w swoje duże, jasne oczy i czuć to wszystko, co do tej pory tylko sobie wyobrażałam. Każdą komórką odczuwać tę gigantyczną stratę, której doświadczam. Nic takiego się nie dzieje. Komórki nie płaczą. Woda nie szumi. Oczy mam zamknięte. Nie czuję nic.

Wszystkie twoje koszule wiszą wyprasowane, sztywne do granic możliwości, przeprasowane na wylot, w dużej, trzyskrzydłowej szafie z lustrami zamiast drzwi.

to jakby mieszkanie, chociaż powinien być szpital, mieszkanie tonące w szarawym półmroku, nie jego, nie jej, ciężkie zasłony w oknach silnie tłumią dzienne światło. mieszkanie sprawia wrażenie niewielkiego, choć tak naprawdę składa się z kilku pokoi, połączonych ze sobą, przechodzących płynnie jeden w drugi. on siedzi na łóżku, ona obok, on pakuje ubrania do małej walizki. ma na sobie szarą bluzę z kapturem i włosy śmiesznie zaczesane do góry, ciemne, z kilkoma siwymi pasmami w okolicy skroni. niewiele mówi, ona też, jest względnie cicho, oddechy zastygają w zagęszczonym powietrzu, ale nikt nie wstaje, żeby uchylić jedno z okien, które muszą istnieć za ciężkimi kotarami. między nimi jest jakieś dziwne napięcie, które nigdy wcześniej nie wystąpiło w takiej formie, ale nic, co wstrząsa, co wywraca wnętrze na drugą stronę, po prostu napięcie, czyste, minimalnie zabarwione fizycznością napięcie. on dotyka jej dłoni, jest wciąż cicho, dotyka ramienia, a ona boi się odezwać, boi się, że jeśli powie cokolwiek, zada jedno z tych pytań będących absolutnie nie na miejscu, cała ta scena rozpryśnie jej w twarz, niczym gigantyczna bańka mydlana. dotyka jej ramienia, zatrzymuje dłoń na policzku i wtedy ona przytula się do niego, a on mówi po prostu wszystko będzie dobrze, i ona mu wierzy, wierzy mu w tym śnie, w którym wedle freudowskich prawideł każde z nich powinno odgrywać kogoś innego, ale to przecież dzieje się naprawdę, to wcale nie sen. i nieważne, co działo się wcześniej, czy w ogóle coś się działo, czy po prostu trwają cały czas w tym wycinku historii pozbawionym wyraźnego początku, zamknięci w niczyim, bo ani jej, ani jego, nieco ponurym mieszkaniu, siedząc na dużym, chyba pościelonym łóżku.

Zabawne, bo dziś, kiedy to się dzieje naprawdę, kiedy zadziało się rzeczywiście, nie stoję wcale przed dużym lustrem w łazience, nie patrzę na swoją bladą twarz, wsłuchując się w szum chłodnej wody płynącej niestrudzenie z odkręconego kranu. Po prostu nie dotarłam tak daleko, nie udało mi się dotrzeć do łazienki, więc nie potykam się o Twoją brudną koszulę i nie przeklinam cicho pod nosem, czując przenikający mnie do szpiku kości chłód w tej wymrożonej sypialni, którą z takim namaszczaniem wietrzysz godzinami, wietrzyłeś godzinami, wierząc, że dzięki temu sen przyjdzie lepszy, dobry i mocny.

To się dzieje naprawdę, a ja wcale nie stoję przed lustrem, nie ma mnie w łazience, nie ma mnie nawet w korytarzu. Leżę wciąż na łóżku, w napiętym bezruchu obserwując sufit. Nie zdążyliśmy go przemalować. Co za idiotyczny zielony kolor.


Lato 2014

«Wróć