PORZECZKI

Wtedy właśnie pierwszy raz powiedziała coś innego, prawda? Coś nie o cyfrach w tabelkach, logistycznych schematach i wykresach

powiedziała moja mama wie, jak nazywają się te pachnące żółte krzaki, które zakwitają wiosną w mieście

ty też kiedyś wiedziałaś

i uśmiechnęła się do siebie lekko mrużąc oczy, może trochę do ciebie, choć wcale nie spojrzała w twoim kierunku a w nozdrzach zakwitł nagle obezwładniająco żółty zapach, przytłaczająca żółtość wypełniła nozdrza i tak trudno było zebrać myśli, trudno, niemal niemożliwie

i już nigdy nie potrafiłaś sobie przypomnieć ich nazwy, nazwy tych głupich żółtych krzaków, nawet teraz


szczególnie teraz.

+++

Dmuchnęła ci w twarz. Lekko, prawie czule. Dmuchnęła bardzo uważnie, w skupieniu wypełniając dokładnie każdy fragment dzielącej was przestrzeni dymem. Tak, żebyś mogła się zachłysnąć, ale nie zakrztusić, żeby to głębokie westchnienie połaskotało w gardle i wywołało zapomniany zawrót głowy. Rzeczywiście, prawie jak pierwszy papieros od bardzo dawna. Ten sam, którym ona zaciągała się już znowu, żeby otulić twoją nieco zmarzniętą twarz ciepłym podmuchem o zapachu nikotyny, piwa i zbyt ciężkich dla jej drobnej sylwetki perfum. A może to nie były jej perfumy, tylko jednej z tych rozkrzyczanych, pijanych dziewczyn stojących w luźnej, hałaśliwej grupce obok was? Teraz to i tak nie ma znaczenia. Zaraz potem spadł śnieg, białe płatki zawirowały wokół leniwie snującego się dymu, tańcząc wspólnie z nim dokoła waszych postaci, zawieszone w gęstym, sparaliżowanym pierwszym mrozem powietrzu, a ona mówiła coraz więcej i szybciej, jakby wiedząc, że może nie zdążyć, że zaraz noc się skończy albo wypijecie zbyt dużo, by rozmawiać o rzeczach istotnych. W kłębach dymu jej duże, zielone oczy błyszczały bardzo wyraźnie. Wydawały się jeszcze większe niż zwykle.

+++

Pamiętasz? Tamto, w słońcu? Śmiała się, śmiała się zupełnie niepohamowanie, cała zlana w delikatnych, niemalże koronkowych promieniach, śmiała się przeuroczo i rubasznie jednocześnie, odrzucając do tyłu jasne włosy, jej śmiech zaraził cię prawie od razu i w środku dnia, na pustej plaży, w tym bardzo pierwszym wiosennym słońcu śmiałyście się do rozpuku, pokładałyście się ze śmiechu, piach w butach, piach we włosach. Kiedy na chwilę zamilkła, zamykając usta, zamilkła i spojrzała na ciebie, miała drobinki piasku przyklejone do policzka i śmiejące wciąż jeszcze głupawą radością oczy. Potem jadłyście porzeczki i piłyście jakieś bardzo złej marki wino. Usta pełne pękających między zębami soczystych owoców. I piasek, wszędzie piasek. Czarna porzeczka, fioletowe usta i piach.

+++

Rozgryzasz ciemny, kwaskowaty owoc. Sok drażni dziąsła, szczypie podniebienie, czujesz napływającą do ust ślinę, a żołądek podchodzi do gardła. Przełykasz z trudem, masz wrażenie, że ta drobinka grzęźnie gdzieś w środku, że za chwilę udławisz się chrzanioną porzeczką. Nic takiego się jednak nie dzieje. Popijasz sporym łykiem nieco za ciepłej wódki, krzywiąc się lekko. Już po wszystkim. A teraz następna. Ta jest biała, twarda i gorzka. Teraz już będą tylko takie. I jeszcze jedna. I kolejna. Przechodzą coraz łatwiej, gładkie przełknięcie i już. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Obiecuję.

Spójrz tam, za oknem. Forsycje, pamiętasz?


Kwiecień 2014

«Wróć