SIEKIERA

Pytania, od początku pytania, jej pytania. Wszystko zaczęło się od pytań, dawno temu. I przecież zawsze chodziło bardziej o te jej pieprzone pytania, niż moje odpowiedzi. Tak. Właściwie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek na którekolwiek z jej pytań odpowiedział. A ona nawet, gdy mówiła mi po raz pierwszy - i chyba ostatni - kocham cię, powiedziała to tak, jakby na końcu stawiała znak zapytania, zamiast stanowczej, niepodważalnej kropki. Ja nie pytałem, nigdy nie pytałem, nie wiem, dlaczego, być może bałem się odpowiedzi, może zbyt onieśmielała mnie ta jej urocza bezpośredniość i bezpardonowość, a dlaczego tego nie zrobiłeś? czy chciałeś tam być? żałujesz tego?, pytała bezustannie, pytała niestrudzenie, pytała wciąż, nigdy nie otrzymując satysfakcjonującej odpowiedzi. Chociaż może to nie tak, może nie pytałem, bo byłem święcie przekonany, że mamy jeszcze czas, że mamy tak cholernie dużo czasu. Jeśli kiedykolwiek będzie ci się wydawało, że masz mnóstwo czasu, najpewniej twój czas właśnie dobiega końca. Tak po prostu jest, tak jest i koniec. Więc te pytania. Ona ubrana w znaki zapytania. Jeśli miałbym ją sobie teraz jakoś wyobrazić, przywołać tamtą silną sylwetkę, mięśnie napięte w niemożliwym do przerwania oczekiwaniu, ramiona gotowe do wzruszenia na zawołanie, jakby nic tak naprawdę nie miało znaczenia, jakby to wszystko było tylko na niby, na próbę. Ubrana w znaki zapytania, tak ją widzę, kiedy próbuję przypomnieć sobie, jak wyglądała. Pytała tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzył, poza tym mówiła mało albo wcale. Wydawało się to zupełnie naturalne, całkowicie normalne. Cisza i nagle coś. Zupełnie znienacka. Wiesz, takie nic, niby nic, a jednak zmienia wszystko, wpełza gdzieś pod skórę i już nie potrafisz się od tego uwolnić. Jesteś stracony. To się czasem zdarza, naprawdę. Tamto zdarzyło się popołudniem, leżeliśmy pół dnia, może nawet dłużej, to był jeden z tych bardzo nielicznych dni, kiedy nie musieliśmy patrzeć na zegarek, żadne z nas nie musiało nigdzie być, mogliśmy leżeć ot tak, trochę pogubieni w tej bardzo białej, sztywnej pościeli, śmiesznie, wręcz absurdalnie spleceni razem. I ona mnie wtedy, tak niemożliwie owinięta wokół mojej talii, wtulona gdzieś pod ramię i jednocześnie dłonią głaszcząca moje plecy, z twarzą obramowaną potarganą, zbyt długą grzywką, zapytała nie wydaje Ci się czasem, że nasze ciała są jak puzzle, jak takie dwa ich elementy, które pasują do siebie idealnie? W sypialni panował szarawy półmrok, pamiętam dokładnie rysę biegnącą w poprzek dębowej komody stojącej pod zasłoniętym ciężkimi zasłonami oknem. Ona wciąż jeszcze pachniała snem i sobą. Tak bardzo lubiłem się budzić przy niej, takiej właśnie pachnącej snem i sobą, pachniała jak miejsce, w którym chciało się otworzyć oczy. Miękka, gładka skóra, wszystkie nierówności rozpuszczone ciepłem, które z niej emanowało, pod opuszkami palców nie było żadnego oporu. Jej skóra poddawała się pięknie, poddawała się z gracją, pozwalając bez przeszkód pokonywać kolejne jej centymetry. Ciepła, ciepła i miękka, pachnąca snem i sobą, czy nie wydaje Ci się czasem, że nasze ciała są jak idealnie pasujące do siebie puzzle? Pocałowała mnie i otworzyłem oczy, zobaczyłem tylko jej rzęsy oprószone wczorajszym tuszem i blady grzbiet nosa, przymrużone oczy i granicę kości policzkowych. Tak dużo, tak mocno. Zachłysnąłem się jej zapachem i rzeczywistość zakręciła się wokół własnej osi. Jej noga jakoś niezrozumiale owinięta wokół mojej, moja ręka ułożona wzdłuż jej talii, pasująca tam tak, jakby na świecie nie było dla niej lepszego miejsca, dłoń na wewnętrznej stronie jej uda. To przestało mieć jakikolwiek sens już wcześniej, już dawno temu, pewnie na samym początku, w ogóle nigdy nie miało sensu, od zawsze go pozbawione, skazane na jego niebyt, ale przecież żadne z nas nie poszukiwało sensu, wierzyliśmy w bezsens i przypadek, w alfę bezsensu i omegę przypadku i w tej egzaltacji nie było miejsca na szukanie celu, który mógłby uświęcić akurat tę konkretną drogę. To było łatwe i jednocześnie tak bardzo trudne, trudniejsze niż cokolwiek wcześniej, bo nagle zapragnąłem, żeby jednak miało znaczenie, jakieś namacalne, istotne tylko dla nas znaczenie, żeby nie było na marne, żeby nie po nic… Nie powiedziałem ani słowa nie dlatego, że nie chciałem. Nie miałem siły zbudować zdania, które niosłoby w sobie jakąś wartość, wolałem więc patrzeć na jej rzęsy, rozsypujący się wokół nich wczorajszy makijaż i nieuczesane włosy, czuć ich migdałowy zapach, wdychać ją całą, jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. I nigdy więcej nie było tak wszystko na raz, w absolutnej, nienaruszalnej całości, w jednym momencie, na jednym, odurzającym migdałami wdechu. I pamiętam tylko to, nic więcej.


Marzec/Kwiecień 2014

«Wróć